Mam to szczęście, że mieszkam pod lasem, w każdej chwili mogę tam pójść pospacerować, posłuchać śpiewu ptaków, pobyć z dala od zgiełku miasta. Ale nie jest to taki las, jaki pamiętam z dzieciństwa, z wakacji u babci. Las koło mnie jest posadzony (lub dosadzany), wszystkie ścieżki przecinają się w nim pod kątem prostym, kolejne przecinki stanowią odmienne drzewostany, co w naturalnych warunkach jest niespotykane. Perełką w tym lesie jest rezerwat przyrody „Stasin” (prawdopodobnie wokół tego fragmentu naturalnego lasu dosadzono dalszą część). Występuje w nim m.in. bardzo rzadka w Polsce brzoza czarna.
W ten weekend wybraliśmy się zaś do takiego lasu jaki pamiętam z dzieciństwa (odbyłam więc też swego rodzaju podróż sentymentalną;). Wijące się ścieżki, wąwozy, polanki, chaszcze – to wszystko dodało wielkiego uroku naszej wycieczce, ale jej głównym celem było GRZYBOBRANIE! Jedyną negatywna stroną całego przedsięwzięcia było to, że mąż ściągnął mnie z łóżka przed piątą (o tej godzinie nie wiem nawet jak się nazywam), ale było warto! Oto efekt sobotniej wyprawy:


A to niedzielnej:


Zaprezentuję też „grzybowego króla”, nieskromnie chwaląc się, że został znaleziony przeze mnie:)

Część grzybków trafiła do suszenia, część na sos, a najwięcej do marynaty.
To sobotnie słoiczki z marynowanymi grzybkami:

Dzisiejsze właśnie są przetwarzane:)
Grzybobranie, jak widać, było bardzo udane, następne będzie pewnie dopiero jesienią.
A na koniec podzielę się fajnym stwierdzeniem, które mi i mojemu mężowi bardzo przypadło no gustu:) Jest to określenie grzybobrania, którego użył Moteczek (mam nadzieję, że Marysia nie będzie miała mi tego za złe, że je tu publicznie przytaczam), nazywając je spacerem z sensem. Świetne określenie!

